„Zmartwychwstanie” 2020. Sucha Beskidzka.

14 kwietnia, 2020 Lokalne Opowieści

Nie wszędzie zmartwychwstanie jest obchodzone tak samo. Nie dla wszystkich jest to dzień wesoły, radosny i pełny nadziei.

Właśnie u nas jest inaczej.

W Suchej Beskidzkiej…

Nie wierzę w cudowne zmartwychwstanie Chrystusa, ale wierzę w zmartwychwstanie Jakuba.

Jestem o tym przekonany.

Zresztą, nie tylko ja. Kilka osób zamieszkujących to miejsce, doskonale zdaje sobie sprawę, że Jakub budzi się raz do roku.

Coś wam powiem: Lepiej nie spać tej nocy.

Bo on zazwyczaj wybiera właśnie tych śpiących. Tych niczego nieświadomych. Właśnie w tę noc umiera jedna osoba ze Suchej Beskidzkiej. Następnego dnia, jak gdyby nigdy nic stwierdzają zgon i wszystko wraca do normy. Nikt nie doszukuje się znamion morderstwa. No bo gdzie? Tutaj? W Suchej Beskidzkiej? Na szyi?

Ja jednak wiem swoje.

Jakub zmartwychwstaje właśnie w dzień zmartwychwstania Jezusa. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat wybrał sobie ten czas, ale jest to prawdziwe zmartwychwstanie. Nie takie symboliczne, nie takie z kartki wielkanocnej i nie takie, które widzicie w kościołach.

Spoczywające w ziemi ciało ożywa i zaczyna oddychać.

Gdy zapada noc, można go zobaczyć.

Jeśli macie na tyle odwagi, aby zaryzykować spojrzenie zza uchylonej firanki.

Lepiej jednak, aby on was nie dostrzegł, bo chyba wówczas nie będzie miał wyjścia….

Tak mi się wydaje.
Kim jest Jakub?

Ja wiem tylko tyle, co opowiedział mi dziadek.

Jakub urodził się właśnie tutaj w Suchej Beskidzkiej. A konkretnie na Smolikówce. To było jeszcze przed wojną. Podobno wówczas znajdowały się tu zaledwie cztery domy. Na samym końcu drogi, tuż pod lasem stała stara chata. Nikt nie kręcił się w jej pobliżu, bo wszyscy bali się mieszkającej tam kobiety. Nie pamiętam już, jak miała na imię, ale dziadek mówił, że coś było z nią nie tak. Po prostu za długo żyła. Jakby była nieśmiertelna. Ludzie we wsi starzeli się i umierali, a ona nie. Co prawda nikomu nie wadziła ani nikomu też nie wchodziła w drogę, ale w końcu znaleźli się tacy, którym jej obecność zaczęła przeszkadzać. Szeptano, że jest córką diabła. Wampirzycą. Dziadek wspominał, że coś w tym musiało być, bo na zewnątrz wychodziła jedynie po zmroku. Nigdy za dnia.

Pewnej nocy ktoś usłyszał płacz niemowlęcia. Dźwięk dochodził z jej chaty. Płacz dziecka nie ustawał przez kolejne dni. Jego donośny lament wdzierał się w uszy zaniepokojonych mieszkańców Smolikówki. W końcu ktoś zdecydował się złożyć jej wizytę. Kiedy uchylono drzwi starej chaty, okazało się, że starucha nie żyje. Jej ciało spoczywało na krześle w kącie izby. Patrzyła na stojących w drzwiach ludzi wyjedzonymi przez muchy pustymi oczodołami. Na środku pomieszczenia w brudnej kołysce znajdowało się dziecko. Niemowlę.

Chłopiec.

Był koszmarnie brudny, wychudzony i opuchnięty od płaczu. Nikt nie wiedział, skąd starucha ma to dziecko. Czy je urodziła, czy też może komuś ukradła. Tak czy inaczej, żaden z mieszkańców Smolikówki nie chciał mieć z malcem nic wspólnego. Ktoś rzucił pomysł, aby spalić chatę wraz z tym niemowlęciem. Niektóre kobiety we wsi zaczęły mówić, że Bóg na to patrzy i tak nie wolno. Wówczas podjęto decyzję, że chata staruchy i tak musi zostać spalona, bo nie wiadomo jakie strachy czają się w jej najciemniejszych kątach, ale dziecko również powinno zostać zgładzone. Nikt nie chciał go przygarnąć, bo każdy się bał, ale też nikt nie chciał, aby niemowlę tygodniami konało z głodu. W końcu podjęto szybką decyzję, że zostanie ono zabite i pochowane w lesie. To było najszybsze i najbardziej humanitarne rozwiązanie. Jedna z kobiet zawołała, aby zanim to się stanie dać mu jakieś imię. Wówczas ktoś zaproponował, że chłopiec będzie nazywał się Jakub.

Do zabicia Jakuba zgłosił się człowiek, które imienia oraz nazwiska wolę nie wymieniać. Przysiągł on zebranym mieszkańcom, że zabije i pochowa potomka rzekomej wampirzycy.

Jakiś czas potem ten mężczyzna, podczas jednej z popijaw wygadał się chłopom, że jednak zakopał malca żywcem. Okazało się, że nie miał odwagi, aby wcześniej odciąć mu głowę łopatą. Po prostu wrzucił go do wykopanej dziury i przysypał ziemią. Mówił także, że gdy już było po wszystkim, usłyszał spod ziemi dziecięcy śmiech.

Chichot niemowlęcia.

Inni też to słyszeli, nawet wówczas, kiedy pozamykali drzwi i okna. Zupełnie jakby dźwięk roześmianego dziecka rozlegał się w ich głowach.

To wydarzenie na zawsze miało pozostać tajemnicą.

Nawet ja nie wiedziałbym o tym wszystkim, ale dziadek jednak postanowił mnie ostrzec. Na początku mu nie wierzyłem. Myślałem, że po prostu stara się mnie nastraszyć, ale potem zacząłem uważnie śledzić wydarzenia, które mają miejsce każdej Wielkanocy.

Zawsze jest tak samo.

Tej nocy z lasu dobiega śmiech.

Możecie tutaj przyjść i sami posłuchacie. Gdzieś spomiędzy drzew wydobywa się radosny chichot dziecka. A potem we wsi zaczynają wyć psy. Teraz niemal każdy mieszkaniec Smolikówki ma psa przy domu. Tej nocy skomlą i wyją, jakby się czegoś bały.

Czegoś, co przechadza się pomiędzy domami.

Ci, którzy wiedzą co się święci, do samego rana siedzą ze swoimi rodzinami przy stole, oczekując na pojawienie się pierwszych promieni słońca.

Przeczekują najgorsze.

Jakub wychodzi wówczas ze swojego grobu.

Zmartwychwstaje.

Szuka ofiary, aby się nią pożywić, po czym znika na rok.

I tak każdej Wielkanocy.

Dzisiaj też zmartwychwstanie.

Kto wie, może go nawet uda mi się zobaczyć. A może to właśnie ty go zobaczysz tej wielkiej nocy i wówczas uwierzysz w cud.

Ktoś na pewno…

Przyjedzie karetka. Zabiorą ciało i może nawet bąkną coś o chorobach współistniejących…

Ja jednak wiem swoje.

My tutaj, wiemy swoje.

Udanego zmartwychwstania, kochani…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Tomasz Siwiec - profil autorski

Facebook By Weblizar Powered By Weblizar

NAJNOWSZE WYDAWNICTWA

Tomasz Siwiec

Zguba

Tomasz i jakub

Jazda